świeżego powietrza, i że mimo to nie uchylał się od odpowiedzialności ani od zawodowej pańszczyzny.
— Nie idziesz tam dzisiaj po południu?
— Za żadne skarby! Pójdę tylko dziś wieczorem. Robią zresztą próby lepiej beze mnie. Krępuję ich raczej... Tak, krępuję ich, — rzekł ze smutkiem. — To dziwne, nie mogę nigdy być im użyteczny aż do końca...
— A zatem wypocznij, wygodnie... Jane, pójdziesz ze mną do końcowej próby? — krzyknęła.
Jane wyłoniła się z jadalni, z zakasanemi rękawami, z fartuszkiem przywiązanym do spódnicy, bardzo piękna.
— Fanny, ty masz gorączkę! A co będzie robiła nowa pokojówka? Nie umie nawet nakryć do stołu! A powtóre przeprasowuję kombinacje...
Dotykała palcem żelazka, chwyciwszy je za koniec lonży elektrycznej i Fanny wyszła sama.
Wróciła, zmęczona odgrywaniem roli „żony autora“ przed młodemi lodowatemi pannami sklepowemi i staremi lirycznemi sprzedawczyniami, ruchliwemi, przystrojonemi kitami białych i rudych włosów, pełnemi sztucznych wzruszeń, krwiożerczych plotek, rozpalonemi niemodną namiętnością do teatru, artystów i „bulwarowych sztuk“. Zadawały Fanny setki pytań, zatrzymując się jakby cudem na krawędzi najbardziej obelżywej niedyskrecji. Lubiła te stare kobiety, sprytne, pełne złośliwości, szatańskie i macierzyńskie jak pomocnice piekła dla powracających do zdrowia potępieńców.
Kiedy Fanny wróciła mieszkanie tchnęło czystem powietrzem. Zapach octu Toaletowego oznajmiał