Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
116

„Z lękliwości“, myślała znowu Fanny. „To nieprzejednane dziecko miało rację.“
Ale zaczęła znów śmiać się w duchu.
„Kradnie za kulisami... Rozkoszne!“
— W ten sposób, — ciągnął dalej Farou, mówiąc jak do czarnej tablicy, — publiczność jest należycie poinformowana, widząc w jego rękach plik listów, a niema gra może wywrzeć większe wrażenie niż krzyk... Kurtyna zapada... Rozumiesz? — zakończył z ulgą.
— Doskonale! Doskonale! — zaaprobowała Fanny. — Znacznie lepiej! Znacznie mniej...
— Tak, tak, wiem, — przerwał Farou. — Idź do swojej „końcowej próby“, do swojej próby — Fanny. Wystroisz się?
Udała Andaluzyjkę o aksamitnem oku pod czarną wstążką.
— Demoniczna! Demoniczna i dyskretna! Koronka, skóra pod koronką, tort z czerwonego koralu w samym środku gorsetu... Zupełnie jak twoja babka?
— Do licha! Będę się kochał z moją babką!
Przypomniała sobie znacznie później, że w owym dniu miał błędne oczy, nerwową drgawkę w prawej powiece, straszliwe pragnienie wyjazdu na wakacje, wulgarności, błazeństw, pijatyki, widoczne przez mgłę przemęczenia.
Uśmiechnął się do Fanny po kobiecemu i zniżył głos:
— Mówią, że w Aubert jest taki piękny film...

I zlitowała się nad nim, uświadomiwszy sobie, że brak mu było snu, wolności, wygodnych posiłków,