ry miesiące przed premierą oświadczali, że nie będą grać „w tych warunkach“.
— W jakich warunkach, Farou?
Farou wykonywał gest despotycznej obojętności.
— Nie wiem. „W tych warunkach...“ „Tymczasem...“ „Na dowód, że...“ Są to dodatkowe i obowiązkowe formułki.
— Czy to sprawa poważna?
— Ależ nie, moja Fanny. Boże, jaka ty jesteś łatwowierna. Jest to zupełnie normalne. Będą grać i to bardzo dobrze.
— A więc poco to robią?
— Poco?... A chimery, Fanny? A potrzeba wywyższenia się w moich i własnych oczach?
Zmienił ton, mówił sucho.
— Fanny, pojutrze przyjdziesz na moją ostatnią próbę. Jeśli zobaczysz mego syna, będziesz tak uprzejma i powiesz mu, że może ci towarzyszyć.
— A Jane?
— Jest już uwiadomiona.
„To jest konwokacja, pomyślała Fanny, to nie jest zaproszenie. Trzeba to rozróżnić. Dlaczego przybiera taki ton, kiedy decyduje się pokazać mi nową sztukę? „Z lękliwości“, powiedziałby Jan Farou.“
— Stwierdzisz z pewnością z zadowoleniem, że skróciłem scenę z kasą ogniotrwałą... Branc-Ursine kradnie wprawdzie listy, ale za kulisami, w sąsiednim pokoju.
Farmy powstrzymała się od wybuchu głośnego śmiechu, przygryzła wewnątrz policzki. Farou uważał za stosowne mówić jej o swoich sztukach tonem kwaśnego mentorstwa.