to moja „Wojowniczka“. Co! każdy ma prawo do miłości w teatrze? Zgoda, mój drogi, ale to nie wyklucza tego, że są podobieństwa! Dość mam tego, że Flers i Croisset korzystają bezwstydnie z mojej „Rozyny“... Przyznaj, że mam zawsze pecha!...
— Nie masz nawet tego, — odparł Farou, który stawał się nagle, jak mawiała Fanny, „złym człowiekiem“.
Widywała młode aktorki, które zniżały głos, aby wywołać u Farou‘a podejrzenie konszachtów, grzmiące damy, bardzo pięknego młodego człowieka, który odszedł, nabrzmiały płaczem, jak róża deszczem.
— Co mu się stało? Co ty mu zrobiłeś, Farou? On płacze!
Farou zaśmiał się głośno.
— Myślę, że płacze! To Crescent.
— Kto?
— Crescent.
— Kto to jest Crescent?
Farou podniósł w górę ręce.
— Och, tylko ty jedna nie znasz historji Crescenta, Nie mam czasu, Zapytasz o to Jane...
Fanny nie dowiedziała się nigdy, jaka była historja Crescenta... Przychodzili w końcu reporterzy, specjaliści od przedpremier i fotografowie. Tym i tamtym ukazywał Farou grymas fauna w słońcu, stojąc oparty dwiema pięściami o biurko... Przychodzili, osobno, Henryk Marsan i Estera Merya, bohaterzy sztuki, którzy oskarżali się wzajemnie. Przychodzili marni aktorzy o twarzach woźnych, którzy od miesiąca robili skrupulatnie i skromnie próby, a na czte-