Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
113

tych czarnych włosów, które mógł gnieść pełną pięścią, wyciągnąwszy w ciemności ramię... Sen jego lubił sen Fanny, jej wypukłe oczy, ciasno oprawione w szerokie powieki, głupie usta, kiedy spała, i całe jej ciało wybitnie kobiece, wyżłobione, górzyste, leżące na boku, z łokciami przy kolanach.
— Niema czegoś bardziej zamkniętego niż ty, kiedy śpisz, — mówił jej.
„Wymyślał mi od spania pod gołem niebem z powodu tej pozycji kurka od strzelby. Mawiał, że musiałam niegdyś wałęsać się po gościńcach i nocować w rowach...“
Zmartwiona, tchórzliwa, potem rozsądna i skryta, ufająca swojej twarzy, pełnej i delikatnej jak twarz dzieci i zdradzającej tylko wielkie wzburzenia wewnętrzne, tułała się między nudną boleścią a lękiem przed tem wszystkiem, co jest zewnętrznym nieporządkiem, krzykiem, wyznaniem, skurczem twarzy i ciał...
Zwracali jej uwagę przechodnie, sezonowi jak makrela lub jaskółka. Przechodzili przez szeroko rozwarte mieszkanie, oznajmiając, że burzliwy okres prób już jest bliski końca, że sztuka wkońcu ukaże się na scenie. Fanny widywała jak przez mgłę kolegę Farou‘a, specjalistę w oskarżaniu; słyszała za zamkniętemi drzwiami głośne i płaczliwe dochodzenia praw:

— Nie, mój drogi, muszę ci powiedzieć do oczu, że uprawiasz swój zawód, wykradając mi z przed nosa moje tematy lub przerabiając systematycznie te, które wprowadziłem na scenę z mniejszym lub większym szczęściem! Twoja „Niemożliwa niewinność“,