siebie i uśmiechają się poprzez frendzle fotelu. Drzwi od ogrodu otwierają się.
Wchodzi Ona z pełnym koszem mirabel, z rękami umazanemi ich cukrem, z włosami opadniętymi na oczy, przestraszona spustoszeniem, jakie spostrzega.
O! pewnie się biły ze sobą! Boże, co za podłe zwierzęta! (niezbyt stanowczo). Oddam je, sprzedam, zabiję...
Mrrr... mrrr... oto jesteś... bardzo już późno... Toby napadł na mnie... To on wszystko potłukł... przypuszczam, że głód wprowadził go w szał. Ładnie pachniesz trawą i zmrokiem. Siedziałaś na macierzance. Chodź... Powiedz twemu Panu, Jemu, aby na swem ramieniu zaniósł mnie do mięsa, które już będzie przesmażone. Rozkrajesz kurczę bardzo szybko, nieprawdaż? Zachowasz dla mnie skórkę wysmażoną? Jeżeli pozwolisz, wyciągnę do półmiska łapę, niby łyżkę, która potrafi zebrać najdrobniejsze kawałki i zanieść je do mych ust gestem ludzkim, wywołującym śmiech u was, u Ciebie i u Niego. Chodź!