kamiennych w głębi lasu. Wtedy nachylam się, aby obaczyć zjawiającą się na me spotkanie głowę buldoga i aby pić obraz liści, ale Ona ciągnie mnie za obrożę i krzyczy: „Toby — to jest woda dla ptaków“. Otwiera nóż i wyłuskuje orzechy, pięćdziesiąt orzechów, sto orzechów, — i zapomina, która jest godzina. Niema temu końca.
A ty co zrobisz wtedy?
Ja... czekam.
Podziwiam Cię.
Czasami, siedząc w kuczki, zapamiętale drapie ziemię, męczy się, poci, a ja się ożywiam patrząc na Nią, i radując się robocie pożytecznej, tak dobrze mi znanej. Ale węch słaby zawodzi Ją: kopie fałszywe jamy, w których nie czuje ani kreta, ani myszy polnej z różowemi łapkami. Kto mi wytłomaczy błahość jej zamiarów? A oto siada nagle, rozmachując trawą o korzeniach włochatych, i krzyczy: „Mam ją, szelmę!“ Kładę się na mokrej ziemi i drżę. Albo też wysuwam nos, Ona