Ta strona została skorygowana.
ON.
Albo też, pieszcząc go...
Oboje zbliżają się do groźnego zwierzęcia, i razem mówią do niego.
ON.
Kiki, mój poczciwy Kiki, chodź do mnie na kolana, albo też na me ramię, które podoba ci się zwykle. Zaśniesz na niem, a ja złożę cię delikatnie do kosza; nie jest on ciemny, i posiada zbytkowną poduszkę, chroniącą od chropowatej łoziny... Chodź mój cudowny...
ONA.
Słuchaj, Kiki, trzeba przecież rozumieć życie. Nie możesz tutaj zostać. Mamy zmienić pociąg. Zjawi się przestraszający urzędnik, który powie rzeczy przykre dla ciebie i dla całej twej rasy. Zresztą uczynisz dobrze słuchając, gdyż, w przeciwnym wypadku, dam ci w skórę...
Ale, zanim podniesiono rękę, aby uderzyć jego kożuch święty, Kiki wstaje, wyciąga się, garbi plecy w kształcie mostu, ziewa, aby pokazać swe różowe podniebienie, a następnie zmierza do otwartego kosza, w którym się kładzie, zachwycający w swym spokoju bezczelnym. On i Ona patrzą na siebie zdziwieni.
TOBY-PIES, z właściwą sobie trafnością.
Chce mi się siusiu.