Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Siedm dyalogow zwierzęcych.pdf/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.


Ja do niej należę. Z oczami zamkniętemi odczuwam jej obecność.

KIKI-ŁAGODNY.

Widzę Ją. Jest spokojna i łagodna... na razie. Wiem, że On pójdzie też za nią, kiedy porzuci papier. Wyjdzie, wołając Jej: „Gdzie jesteś?“ i, zmęczony, usiądzie na ławce. Dla Niego podniosę się grzecznie, i pójdę drapać paznogciami Jego spodnie. Milczący, podobni do siebie, szczęśliwi, przysłuchiwać się będziemy końcowi dnia. Zapach lip stanie się słodkim, aż do zemdlenia, w chwili właśnie kiedy moje czarne oczy proroka powiększą się i czytać będą w powietrzu znaki tajemnicze... Tam, poza górą spiczastą, ognisko spokojne później zapali się, para krągła o barwie różowej, zmrożonej błękitem popielatym nocy, kokon świetlny, skąd rozwinie się ostrze olśniewające księżyca, które kraje i które przepłynie, rozcinając chmury... A później nastanie chwila, aby iść spać. On weźmie mnie na swe ramiona, i będę spał (gdyż nie jest to sezon miłosny) na Jego łóżku, obok Jego nóg, które dbają o mój wypoczynek. Ale poranek obaczy mnie drżącym, odmłodzonym, siedzącym wprost słońca, w nimbie ze srebra, którym okadza mnie rosa, i podobnym naprawdę do Boga, jakim byłem.