o nią drapię pysk i dziąsła; wieś — to noc kłopotliwa, gdyż sam jeden Ich pilnuję: Jej i Jego. Leżę w koszu, a bicie przepracowanego serca odbiera mi sen. Tam, w dali, pies do mnie krzyczy i ostrzega, że zły człowiek przeszedł drogą. Czy idzie on w moją stronę? Czy za chwilę. z okiem krwią zalanym, z wywieszonym językiem, będę się musiał rzucić na niego i zeźreć jego oblicze?...
Jeszcze! Jeszcze! O! boję się.
Nie obawiaj się; nigdy się to nie zdarzyło... Tak — to wszystko — to jest wieś, a także góra bez końca w cieniu powozu, kiedy pragnienie, głód, upał, zmęczenie czynią duszę zrezygnowaną i beznadziejną.
A wtedy?
A wtedy? Nic. Wraca się, mimo wszystko do domu, i w kuble pełnym zimnej wody pije się bez wytchnienia (jego język, mówi Ona, wielki język, przecięty w środku, jak płatek irisu), a drobne krople opryskują mile obolałe powieki, zakurzone brwi... To wszystko, i wiele innych rzeczy — to jest wieś...