Przejdź do zawartości

Strona:Bruno Winawer - Boczna antena.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

nie łączy, z pasażerem statku na dalekim oceanie, z Amundsenem na biegunie, z lotnikiem w powietrzu, z członkami wyprawy na Everest, z obywatelami Marsa. Lada dzień rozwinie się telemechanika, nad którą już dziś ludzie uporczywie pracują, i będziemy mogli puścić na wody rzek i mórz statek bez załogi. Będziemy mu mówili, stojąc na brzegu, dokąd ma płynąć, krótkie wyrazy naszej komendy przetworzą się na odpowiednie fale elektryczne, anteny statku je pochwycą i okręt-widmo sunąć będzie na zawołanie tam, gdzie mu każemy. Nie są to utopje, ani fantastyczne pomysły powieściowe, bo już istnieje stateczek „Jowa“, którym znakomity wynalazca amerykański, p. Hammond, w ten mniej więcej sposób dowodzi — przesyła mu jakieś radjorozkazy z brzegu, z portu Gloucester Harbor, i kieruje nim, jakby trzymał ster w krzepkich dłoniach, chociaż na pokładzie niema żywej duszy.
Tam, gdzie chodzi o przesyłanie na odległość naszej wiedzy albo woli, radjo już dziś — po pięciu latach! — oddaje kolosalne usługi ludzkości, ale czy koncert radjowy będzie kiedy prawdziwą biesiadą artystyczną dla muzyka? Czy znajdą się kompozytorowie, którzy — jak to właśnie usiłuje znajomy mój, p. L. M. Rogowski — wyłowią sprytnie z telefonu najmniej zdeformowane dźwięki i ułożą na ich tle specjalną, barwną i porywającą radjosymfonję albo radjokantatę? Nie wiem. Prawdopodobnie przez długie jeszcze lata będzie coś