Przejdź do zawartości

Strona:Bruno Winawer - Boczna antena.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

i jego drapacze nieba, widziane ze strony New York Harbor, są stokroć wznioślejsze i ciekawsze od wielu spleśniałych gruzów w Europie. Maja własny, swoisty styl, własną, nowożytną harmonję i dziś najzdolniejsi z naszych architektów jadą tam, za ocean, na studja z budownictwa.
Jeżeli chodzi o prawdziwy, niefałszowany entuzjazm dla cudów w przyrodzie martwej i żywej, nikt go w większym stopniu nie posiada, niż właśnie ci dziwnie trzeźwi Amerykanie. Zbudowali niedawno specjalny peryskop, tubę podmorską Williamsona, zmontowali ją na sporym statku i wysłali całą flotyllę dla zbadania, sfotografowania i utrwalenia w rysunkach i kolorach, zaczarowanych krain na dnie oceanu. Owa tuba Williamsona jest jakby żywcem wyjęta z powieści Verne’a albo Wellsa, składa się z obszernej kamery oszklonej, w której trzech ludzi doskonale się pomieścić może. Siedzą sobie wygodnie w dużej kuli (5 stóp średnicy), opuszczonej na dno podzwrotnikowej zatoki, patrzą pzzez grubą szybę na drzewa koralowe, na ryby dziwne, na pejzaże wyśnione, malują, szkicują, kręcą korbą aparatu filmowego, podpatrują życie w tym kraju z fantastycznej bajki dla młodzieży. Ich prace i bogate zdobycze naukowe tworzą specjalną sekcję w Amerykańskiem Muzeum Przyrodniczem, które tę dziwną eskadrę, złożoną ze statków „Lady Cordeaux“, Jules Verne“ i „Standard“ wysłało na wyspę New Providence. O jej przygodach opowiada