Przejdź do zawartości

Strona:Bruno Winawer - Boczna antena.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
(Dwie rocznice. — Maison de la Chimie. — Kolory, zapachy, jedwabie. — Niech żyje Edison!)

 Nie wiem, czy tysiące rozbawionych turystów, czy różnojęzyczne tłumy z wielkich bulwarów i stali bywalcy „Café de la Rotonde“ zwrócą na to uwagę, ale Paryż — Paryż poważnej pracy i nauki — obchodzić będzie za kilka miesięcy święto bardzo uroczyste. Mija lat sto od daty pamiętnej, kiedy urodził się w tem mieście Marceli Berthelot. Pisma zamieszczają już teraz życiorysy wielkiego męża, a komitety specjalne zastanawiają się nad tem, jak uczcić najlepiej pamięć człowieka, który był chlubą nauki francuskiej i ojcem syntezy chemicznej.

 Chemik — przed Berthelotem — był czemś w rodzaju recenzenta teatralnego: siedział na wielkiem przedstawieniu, jakie daje natura, przyglądał się, analizował, badał, krytykował, ale tworzyć nie potrafił. Wiedział, że wszystko, co istnieje, co żyje i nie żyje, ten atrament, ta stalówka, to drzewa za oknem, dom, ulica, posterunkowy, jego but, jego mundur, dorożkarz i koński ogon — składa się właściwie z tych samych kilkudziesięciu pierwiastków, wiedział, że na dobrą sprawę moglibyśmy