cze a wichry i huragany będą oświetlały nasze mieszkania, ładowały akumulatory i ogrzewały piecyki elektryczne. Maluczko — a w każdym kącie zapadłym, gdzie wiatr hula, na każdym „wydmuchu” będziemy mogli małym kosztem zapalić lampę łukową i zbudować... kino. Doprawdy jeszcze kilka prób nad właściwą formą propellerów i nawet Eskimosi na swych polach lodowych będą mieli światło elektyczne, ekran, Douglasa Fairbanksa i Charlie Chaplina. Będą się kochali w Liljanie Gish i pili jej zdrowie tranem.
O ile, oczywiście, nie zarażą się teorjami magistratu warszawskiego, nie wprowadzą podatków prohibicyjnych i nie rozpoczną głupkowatej walki z wiatrakami.
Ponieważ zgadało się o kinematografie, zaznaczmy, że tak zwana dziesiąta Muza jest wogóle najukochańszem dzieckiem Techniki, która ją lat temu trzydzieści na świat wydała i odtąd obsypuje stale podarunkami. Nad artystycznem ulepszeniem kina pracuje dzielna falanga świetnych aktorów, genjalnych reżyserów — ale nie mniej liczna gromada pomysłowych wynalazców trudzi się na innym froncie, rozwijając tę dziedzinę sztuki technicznie. Gazety wiedeńskie sygnalizują jakiś nowy, fenomenalny wynalazek, zwany już dzi-