giąć, łamać. Nazywa się ta substancja „pollopas“, jest zupełnie przezroczysta, przepuszcza nawet promienie ultrafioletowe i biedni suchotnicy nie będą już marzli na werendach w Zakopanem. Mogą sobie równie dobrze werandować zimą w pokoju ogrzanym, bo szyba z pollopazu przepuszcza dobroczynne, krótkie fale świetlne.
Otrzaskaliśmy się oddawna z widokiem gramofonu, nudzi nas ta maszyna i wcale nie mamy ochoty na zadawanie jakichś pytań niewczesnych w rodzaju: czemu to igła hałaśliwego przyrządu ślizga się wiecznie po ciężkiej, czarnej, niezgrabnej, łamliwej płycie? Ale państwo Faucon-Johnson nietylko takie śmieszne pytania zadają, ale jeszcze znajdują na nie właściwą odpowiedź. Notujemy dźwięki na niezdarnych płytach, bo — wcale nie jesteśmy tacy mądrzy, jakby się zdawało. Wystarcza tu zupełnie zwykła błona fotograficzna, lekki film. Kilka lat pracy, trochę cierpliwości i inwencji i — twardy dysk fonografu zamienia się nagle na taśmę elastyczną, którą można zwinąć w rolkę, umieścić, gdzie kto chce, w kieszeni od kamizelki albo w małej zabawce dziecinnej. Już jutro zwykła lalka porcelanowa, zamiast kilku piskliwych, niezrozumiałych tonów, zamiast skrzeczących pa-pa, ma-ma, będzie wygłaszała odczyty, będzie rozprawiała głośno, jak docent uniwersytetu, będzie dawała rady, uczyła po francusku, śpiewała pieśni ludowe. Z czasem i dorośli coś na tem zyskają: panna Johnson ma zamiar swój wynalazek zasto-
Strona:Bruno Winawer - Boczna antena.djvu/127
Wygląd
Ta strona została przepisana.