mi, barografami... Pomiary były niepewne, nieścisłe, niebezpośrednie. — Dlaczego właściwie chodzimy drogą okólną, przez Rzym na karczmy babińskie? — rzekł sobie fizyk niemiecki, p. Aleksander Behn, — a echo? poczciwe, stare, powszechnie znane echo? — Umieszcza po jednej stronie sterowca aparacik akustyczny, po drugiej — pewne dowcipnie skonstruowane, ucho, czeka aż dźwięk, odbity od ziemi, wróci, oblicza... Komendant zeppelina „LZ 126“, po dokonaniu prób z aparatem Behna, składa raport tak entuzjastyczny, że odtąd — na wniosek Aero-Klubu niemieckiego — każdy samolot, każdy statek powietrzny w Niemczech musi posiadać w swym rynsztunku „echolot“ Behna. Nie wolno mu bez tego przyrządu wyruszać na niebo.
My, ludzie dojrzali, rozumni i zblazowani, wiemy, że szkło jest kruche, piszemy o tem wierszem i prozą, ostrzegamy — po wielu gorzkich doświadczeniach — nasze małe Niusie i swawolnych Jerzyków przed tą masą przezroczystą, użyteczną, ale jednocześnie kapryśną, podstępną, histeryczną. — Dlaczego to szkło pęka, pryska, rani i kaleczy ludzi? — pytają, ni przypiął, ni przyłatał, zupełnie, jak naiwne, małe dzieci, panowie Kurt Ripper i doktór Fritz Pollak, dwaj znani chemicy wiedeńscy. I, patrzcie państwo, zabrali się do roboty, wynaleźli jakąś masę organiczną, plastyczną, elastyczną, masę, którą można bezpiecznie rzeźbić, polerować, ciąć, farbować, piłować,
Strona:Bruno Winawer - Boczna antena.djvu/126
Wygląd
Ta strona została przepisana.