Przejdź do zawartości

Strona:Bruno Winawer - Boczna antena.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

jak pijane i ślepe, u samego celu podróży? Nagle, któregoś dnia, pewien skromny inżynierek ogarnia całą sprawę spojrzeniem przerażonem... Nonsens! Mgła nas ma pobić? nas, którzyśmy stworzyli telemechanikę, prowadzimy i puszczamy w ruch maszyny z odległości setek kilometrów?! Zbudujemy poprostu „niewidzialną szynę”. Zanurzymy w morzu kabel, puścimy przezeń mocny prąd elektryczny, umieścimy na statku odpowiednie busole, które na ten prąd reagować muszą i — okręt będzie wjeżdżał do portu z tą samą matematyczną pewnością, z jaką lokomotywa pociągu wjeżdża na stację kolejową. Będzie sunął po kablu elektrycznym — nie dotykając go zresztą — jak po gładkim torze, a jeżeli coś tam się zdarzy na linji, to i o tem go zawiadomimy: stać! wjazdu niema! czekać aż zwrotnicę nastawią! — Co tu najgęstsza mgła poradzi?
I już próby są rozpoczęte, dają wyniki pomyślne — lada dzień wszystkie porty morskie i lotnicze wysuną podczas burzy wdał owe niewidzialne szyny, jak dobroczynne ręce opiekuńcze, które ściągać będą zbłąkanych podróżników, prowadzić przerażone dzieci pod dach ojcowski.
Dla krążących tam, w górze, balonów i przeróżnego kalibru aparatów lotniczych ważniejsza nieraz od innych wskazań jest w czasie burzy i niepogody wiadomość, gdzie jestem? na jakiej wysokości? ile kilometrów mam pod sobą? Sondowaliśmy dotąd powietrze dość zawodnemi barometra-