Strona:Bronisław Komorowski - Po śmierci.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
(kicha — a nie mogąc się powstrzymać, zatyka nos dłonią.)

Słodki sen!...

PAN TOMASZ (zadowolony nadzwyczajnie.)

No, no — któżby chciał się w grób położyć
W takim wieku?... Djabelnieś młody, możesz dożyć
Jeszcze szczęścia na ziemi..

WALERY.

Tak, tak — życie miłe...
Pragnę życia...

PAN TOMASZ.

Ej, będziesz, będziesz żył!...

(sadzają Walerego na krześle.)
WALERY (po chwili, słabo.)

Mogiłę
Któż zdjął ze mnie?... ach, komuż mam być wdzięcznym?...

WŁADYSŁAW (pokazując z uszanowaniem pana Tomasza.)

Oto
Twój zbawiciel...

WALERY (gorąco, ściskając dłoń pana Tomasza.)

Ach, panie!...

PAN TOMASZ (ucieszony.)

Tak, tak! Parka Kloto
Zawstydzona!... Mam sposób nadzwyczajny... własną
Teorję...

WŁADYSŁAW (patetycznie.)

Tak, prawdziwie, cudowną!... Choć zgasną
Słońca, gwiazdy, księżyce — ta trwać będzie wieki!
Głos publiczny rozniesie ją jak świat daleki,
I słusznie!... A że los mi pozwolił przypadkiem
Tego żywego cudu być naocznym świadkiem:
Więc święty obowiązek mój w obec ludzkości
Każe ten fakt co rychlej dać do wiadomości
Powszechnej... zwłaszcza nawet, że wieścią przedwczesną
O śmierci tego pana — tak wszystkim bolesną —
Zatrwożone zostały szlachetne umysły — —
Pozwól więc pan dobrodziej ogłosić mi ścisły
Opis całego faktu we wszystkich dziennikach...
Sługa — sługa najniższy... (wychodzi.)