Strona:Bronisław Komorowski - Po śmierci.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PIOTR.

Jakby z procy
Wpadam, i ściągam razem z magnetyzmem na dół!

WALERY.

A ja już okiem ducha patrzę na ten padół
Przez szczelinę w wieczności... (pokazując na drzwi z lewej.)
ot, dziurką od klucza...

PIOTR.

Notarjusz wnet nadejdzie. Teraz się przyucza
Swej roli...

WALERY.

Brawo!

PIOTR.

Potem — cud! —

WALERY.

W tym naszym wieku!...

PIOTR.

Aż święci pozazdroszczą!... (wybiega zamknąwszy drzwi na klucz.)



Scena VI.
WALERY (sam usiadając na krześle jak najbliżej publiczności filozofuje.)

Człowieku! człowieku!
Czemu ty masz zaufać nakoniec, lub komu,
Jeśli podstęp na ciebie czyha w własnym domu?!...
Nie dziw, aktor, wcielona dramatyczna sztuka
Że cię czasem znienacka podszedłszy, oszuka —
Ale ileż to razy oszuka cię własny
Rozum, rozsądek zwykły, — oszuka w dzień jasny,
W chwili, gdy słonko boże ogrzewa twe ciemię
I z taką wierną prawdą rysuje ci ziemię,
Że gdybyś ty miał oczy otwarte!... Daj katu!
Po śmierci się zachciewa ciąć perorę światu?...
Owwa! wielka mi sztuka, będąc czystym duchem
Prawić takie kazanie!... Tam to, pod obuchem
Swego nędznego ciała było tak zaśpiewać!...
Dawna ojczyzno moja! chce mi się poziewać,
Gdy teraz patrzę na cię z mego stanowiska
Niebieskiego — choć jeszcześ mi tak bardzo bliska,
Boć niespełna godziny jakem cię porzucił...
Oj, gdyby Bóg powtórnie w tobie mię ocucił,