Strona:Bracia Grimm - Władca malinowy.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 9 —

dzieć, kto jest tym duchem opiekuńczym, tym dobrym czarodziejem, który nas tak w naszej przygodzie ratuje, — odezwała się Terenia. — Chciałabym podziękować...
— Jam jest ten, którego chcesz ujrzeć, dzieweczko! — rozległ się czyjś głos z poza krzaków. — Witajcie dobre dziewczątka!
Głos ten, aczkolwiek sympatyczny przeraził obie dziewczynki.
Obejrzały się ze strachem i ujrzały nadchodzącego zza malin sędziwego staruszka.
Miał na sobie bialutkie, jak śnieg ubranie a na głowie czerwoną czapeczkę. Wyglądał prześlicznie, jak świeżo wyrosła z kwiatka malina.
Głos jego dźwięczał dobrocią, a łagodne oczy padały na wyspane i zadowolone dziewczątka.
— Nie bójcie się, drogie dzieci! — ciągnął dalej — Czyście dobrze spały i czy nie jesteście już głodne?