Strona:Booker T. Washington - Autobiografia Murzyna.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


otrzymała dotąd nasza szkoła. Przybywał bardzo w porę, bo oddawna już nie dostawaliśmy nic, brak było zupełnie funduszów i bieda była wielka. Nie wyobrażam sobie przykrzejszego i bardziej denerwującego położenia, niż położenie dyrektora dużego zakładu z wielkiemi ciężarami finansowemi, gdy brakuje pieniędzy i co miesiąc trzeba się oglądać, z której strony nadpłyną.
Inna jeszcze trudność zwiększała ciężar odpowiedzialności i wzmagała moje obawy. Gdyby nasz zakład był kierowany przez białych i upadł, poszkodowana byłaby tylko oświata murzynów i to tylko murzynów w tej okolicy, ale prowadzony przez nas zakład nie mógł szwankować bez podkopania ufności do rasy murzyńskiej, która tem samem byłaby uznana za niepodatną do przyjęcia cywilizacyi. To też otrzymanie tego czeku usunęło gnębiący niepokój, który mnie od pewnego czasu nie opuszczał.
Od samego początku usiłowałem przekonać cały skład nauczycieli, że powodzenie szkoły zawisło w znacznej mierze od czystości, dobrej postawy i dobrego stanu hygienicznego całego zakładu. Pierwszy raz spotkawszy się z nieboszczykiem Collisem P. Hantingtonem, bogatym właścicielem kolei żelaznych, otrzymałem od niego dwa dolary dla szkoły. Później, niedługo przed jego śmiercią, otrzymałem od niego pięćdziesiąt tysięcy dolarów, które wzmocniły żelazny kapitał szkoły. Prócz tego co roku państwo Hantington obdarzali nas mniej lub więcej hojnie.
Możnaby przypuszczać, że to nasza szczęśliwa gwiazda sprowadziła nam tak hojny dar. Nie — to nie był szczęśliwy traf, lecz nasza wytrwała praca. Nic godnego posiadania nie przychodzi bez pracy. Nie myślałem ganić pana Hantingtona, gdy mi ofiarował dwa dolary, ale postanowiłem go przekonać, że zasługujemy na większe sumy.
Przez lat dwanaście wysilałem się, żeby go