Strona:Booker T. Washington - Autobiografia Murzyna.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


internatu z dobremi warunkami. Zima drugiego szkolnego roku była niesłychanie sroga. Nie mieliśmy dostatecznej ilości kołder dla zabezpieczenia naszych wychowańców od zimna.
Zdarzało się, że niekiedy nie mogłem zasnąć podczas silnego mrozu, myśląc o tem, jak oni muszą cierpieć. Czasem wstawałem z łóżka i szedłem do ich domostw wśród nocy, żeby im dodać otuchy: niektórzy z nich, owinięci w jedyną kołdrę, daną przez nas, siedzieli przy ogniu dla rozgrzania się: inni nie kładli się przez całą noc. Jednego rana, po wyjątkowo zimnej nocy, kazałem najbardziej zziębniętym podnieść w górę rękę. Uczyniło to tylko trzech. Nikt nie słyszał skargi z ust uczniów, którzy wiedzieli, że czynimy dla nich, co jest w naszej mocy. Uważali się za szczęśliwych, że mogą poprawić moje położenie, i pytali ciągle nauczycieli co czynić, żeby im umniejszyć trudu.
Kilka razy zdarzyło mi się słyszeć tak na Północy, jak na Południu, że murzyni nie uznaliby nigdy nad sobą władzy żadnego z murzynów. Na to twierdzenie mogę odpowiedzieć faktami, a mianowicie, że przez całe dziewiętnaście lat mego pobytu w Tuskegee nie usłyszałem nigdy zuchwałego słowa, ani nie napotkałem oporu ze strony uczniów lub osób postronnych. Przeciwnie — byłem niemal zawstydzony niezliczonemi grzecznościami, których byłem celem. Uczniowie zobaczywszy, że niosę dużą księgę lub walizkę, biegną zawsze, by mnie uwolnić od ciężaru. Jeżeli deszcz pada, gdy wychodzę z kancelaryi, zawsze podchodzi któryś z uczniów i prosi o pozwolenie niesienia parasola.
Muszę także nadmienić, że w stosunkach z białymi na Południu nie spotkała mnie nigdy żadna zniewaga. Biali z Tuskegee i z okolicy uważają sobie za rodzaj przywileju, gdy mogą mi okazać swoje poważanie, pomimo, że często pociąga to za sobą pewne koszta dla nich.
Niedawno temu jechałem przez Teksas, od