Strona:Bolesław Londyński - Czapka-niewidka.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wiesz co, braciszku? — rzekł pewnego razu drugi syn młynarza do najmłodszego brata. — Pójdę ja teraz sam na Zieloną Górę, może mi się też także poszczęści.
— Jestem mocno przekonany, że nasz brat najstarszy pochwyciwszy czapkę-niewidkę zapomniał o naszem istnieniu i puścił się z nią na wędrówkę po Bożym świecie. Ale ja w żadnym razie nie wstąpię w jego ślady i jeżeli nie wrócę do domu zaraz, to będzie to znaczyć, że stało się ze mną coś niedobrego. To też pożegnajmy się na wszelki wypadek.
Ucałowawszy się, bracia rozstali się. Średni poszedł w kierunku Zielonej Góry, gdzie zdarzyło się z nim ściśle to samo, co ze starszym. Najmłodszy zaś daremnie wyglądał jego powrotu.
Mija dzień, drugi, trzeci, a o bracie, jak to mówią, ani słychu ani dychu. Zatęsknił najmłodszy bardziej jeszcze niż przedtem, nie miał biedny do kogo sło-