Strona:Bolesław Londyński - Czapka-niewidka.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wa zagadać, nie było z kim martwić się wspólnie. Położenie stawało się dlań coraz przykrzejsze i coraz bardziej smutne.
— Już dłużej cierpieć nie mogę, — rzekł nareszcie do siostry, — ojciec mnie nienawidzi, dawniej złorzeczył wszystkim nam trzem, a teraz pastwi się nademną samym.
— Pójdę, sprobuję szczęścia na Zielonej Górze, a nuż co znajdę. Bądź zdrowa, droga siostro, a pamiętaj o mnie.
Siostra za nic nie chciała go puścić, błagając, ażeby się został, ale on uparł się przy swojem i ażeby uniknąć zbytecznych łez i wymówek, tejże jeszcze nocy wyszedł pocichutku z domu.
Na rano dobrnął szczęśliwie do Zielonej Góry, gdzie odnalazłszy w trawie ślady karzełków, za przykładem obu braci położył się na odpoczynek. Ale niedanem mu było odpocząć, gdyż karzełki prawie zaraz zjawili się tam całą zgrają i przystąpili do swoich codziennych