Strona:Bohdan Dyakowski-Z puszczy Białowieskiej 1908.pdf/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To jeszcze wielkie pytanie! — wtrącił Janek, — wyglądał na nie mniej przerażonego od ciebie. Opowiedz nam jednak, jakeś się z nim spotkał i dlaczego uciekłeś tak gwałtownie?
Pokazało się, że Julek, błąkając się po sąsiednich gąszczach tak się cały przejął szukaniem roślin, że ani się opatrzył, jak podszedł tuż prawie do śpiącego żubra. A gdy obudzony nagle zwierz, podniósł na niego oczy, tak się przeraził tem niespodziewanem spotkaniem, że krzyknął i rzucił się do ucieczki.
— A żubr, zdziwiony odwagą warszawskiego botanika, ruszył za nim, żeby sprawdzić, jak to wyglądają mężni Warszawiacy.
— Szkoda tylko, żeśmy nie byli na to przygotowani i że Józio nie stał z aparatem: byłby uwiecznił twoje męstwo.
— Śmiejcie się, śmiejcie, — odezwał się zirytowany Julek, — napewno zmykalibyście jeszcze lepiej odemnie. Mało to nasłuchaliśmy się dzisiaj opowiadań o złośliwości żubrów i o ich zaczepianiu ludzi.
— A gdzie twoja teka i czapka? — pytał Janek, widząc, że Julek niema tych rzeczy.
Trzeba było ruszyć na poszukiwanie, które zresztą