Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/343

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




XI

Czy to wesz go ugryzła?
Zimne, białe, odrętwiające światło i jego wstrzymany oddech. Pochłonięty tym widokiem patrzył na obnażone lewe ramię, gdzie parę punkcików rosło i nabiegało krwią. Przypomniał sobie, że tutaj gdzieś pozostał mu ślad szczepienia ospy, promienista plamka, która zawsze przejmowała go jednakowym zdumieniem. Musiał dobrze przechylić głowę, a wtedy ujrzał, jak małe, ciemne krostki szybko rosną w górę i już sterczą na skórze wysokie brodawki koloru zakrzepłej krwi. Usiłował je policzyć i wiedział, że się budzi. Rosły w skupieniu, takim małym, urwanym kręgiem. Nie mógł oczu oderwać od swego ramienia i ze zgrozą, wstrętem ujrzał pięć wypustek na własnej skórze, rozwijających z wolna i płynnie kapelusze. Teraz już dobrze je widział, oddalały się z szumem ulatującego snu, wrośnięte w płat żywej skóry. To były grzyby, psie grzyby!
Tak się zaczęła choroba, w gorączce i we śnie. Ledwo otworzył oczy, wstrząsnął nim kaszel. Jakby wypluć musiał żelazną, ostrą miotłę, która drapie i piecze. Na skórze już szerzyły się