Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/335

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


razem i wydał nimi niegłośny trzask. Jednym tchem wyrzucił z siebie sprośny wierszyk.
— Aha, rozumiem — powiedział Zyga; rozczarowany kręcił głową. — Tak się rzecz ma cała.
Za załomem wypalonego parteru rozległ się śmiech, pijany głos i rozciągnięte nieskładnie słowa:
— Oj, zostaw. Oj, tylko mnie nie łaskocz. Oj, bo skonam ze śmiechu.
Odwrócili się.
— Chodźmy — powtórzył Elijahu. — Już, dosyć, nic więcej dzisiaj nie będzie.
Koło opuszczonej nory Szafranów minęli jakąś kobietę, która poprawiała rozsypany kok na głowie i odpychała jedną ręką żebraka.
— Poczekaj, nie pali się.
— Mam pieniądze! Dam pieniądze!
— Iii, za takie pieniądze psy i koty mięso jedzą.
Dawał jej pół ćwiartki chleba.
— Całą!
Wyciągnął ułamany chleb i wtedy zaczęła jeść.
— Na, masz.
Rozkraczyła się na usypisku pod zrujnowanym murkiem. Z szelestem sypał się spod nich gruz. Przełykała głośno, łokciem przyciskając brzeg kiecki do biodra. Żebrak uważnie macał suchy piszczel. Upadli razem przykurczywszy kolana i stoczyli się po krótkiej pochyłości wlokąc za sobą poplątane sztywno nogi. Pisnęła krótko.
— Jaka tam ze mnie — i zaczęła się wyrywać. Uciekała po murku na czworakach, bury cień na granatowym niebie. Żebrak niedołężnie biegł za nią zgięty, zanurzając na oślep ręce w ostatniej, bladej smudze dziennego światła.