Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/122

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    wybuchała strasznym płaczem. Lejbuś łuszczył się cały i z wolna porastał rybią łuską w miarę zasychania pęcherzy.
    Do stajni zakradał się o tej porze trupioszary szkielet ze spustoszoną naciekami twarzą. Róża pełzająca puściła wykwity wokół nosa, uszu i zalegała kark. Długi Icchok kładł się na słomie, kiedy już Mordchaj zaprzęgał do wozu.
    Baruch Oks i jego banda podmacywali worek z obrokiem. Za Długim zakradali się do szopy, wyciągali paszę spod końskiego pyska.
    Kobyła ucierała coś zębami z głośnym chrzęstem, parskała. Furkot wydobywał się z jej aksamitnych nozdrzy, a potem donośny, wysoki kwik:
    — Ihooo! Ihiiii!
    Furman dobrodusznie pokrzykiwał, płoszył bladozieloną smarkaterię tupotem ciężkich butów i zakładał chabecie uzdę, ładując całą pięść do pyska. Kobyła parskała jak smok. Kiedy uprząż była zapięta, orczyk na swoim miejscu, Mordchaj wołał wio i wyjeżdżał za bramę, a przekupki usuwały z drogi stołki i stragany. Banda z Krochmalnej biegła za furgonem, chwytała się desek, osi, sięgała po torbę z sieczką; pewnego dnia rzucili się wszyscy razem na wóz i rozdrapali w jednej chwili ćwiartkę owsa. Smagani batem, połykali ziarno i sieczkę szukając rozsypanych śladów otrąb, kiedy Sukiennik klnąc, spychając chudzielców na ziemię wydzierał im resztki podartego worka.
    Podejść bliżej, pod kopyta? Lejbuś, zdrapując pęcherz, trzymał się wtedy z daleka.
    — Lejbuś, ostrożnie, dziecko moje. Z daleka, rybeńko!
    Wychylona z okna na trzecim piętrze, w różo-