Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mości panie, — zawołał Jerzy, zszedłszy z wózka — opowiem rodzicom moim, jak się pan obchodzisz z wujem Tomaszem.
— Bardzo mię pan tem zobowiązesz, — odrzekł ozięble Haley.
— Czy się pan nie wstydzisz skupywać niewolników i wiązać ich jak bydło mimo ich łez i narzekań? Czy pan własnego nie czujesz upodlenia?
— Dopóki istnieją znakomite rody, które sprzedają niewolników, nie jestem od nich ani o źdźbło gorszym; boć chyba niema różnicy miedzy sprzedającym a kupującym...
— Ja się na to, gdy podrosnę, nie zgodzę nigdy. Wstydzić się muszę, żem się rodził w Kentucky, a dawniej tem się chlubiłem.
Mówiąc to, wyprostował się na koniu i z taką butą spojrzał dokoła, jakby słów jego cały stan Kentucky słuchał.
— Bądź zdrów, wuju Tomaszu, i nie trać nadziei.
— Bywaj mi zdrów, paniczu, — odpowiedział Tomasz, żegnając go pełnem miłości spojrzeniem. — Niech cię Bóg wszechmocny zasłoni od wszelkich złych przygód! W całym stanie Kentucky nie wielu się najdzie tobie podobnych młodzieńców! — dodał z wzruszeniem, gdy już młodzieniec się oddalał. I długo jeszcze gonił go nieszczęśliwy łzawem okiem, a chociaż już koń i jeździec znikli za górą, on jeszcze patrzał w tę stronę, aż ucichł i tętent kopyt końskich i rozwiał się jak ostatnie pożegnanie z rodzinnej ziemi; ale na piersiach, właśnie gdzie niewinne ręce chłopięcia zawiesiły serdeczną pamiątkę, uczuł nieszczęśliwy jakieś cudowne, zbawienne ciepło. Wziął w rękę drogi upominek i przycisnął go do serca.
— Słuchaj, co ci powiem, Tomaszu — odezwał się Haley, siadając na wózek, do którego wrzucił poprzednio kajdanki: — U mnie ci źle nie będzie, jeżeli się zachowasz spokojnie; żaden z murzynów nie może się na mnie żalić, gdyż nie zwykłem się z nimi obchodzić brutalnie, tylko, o ile się da, łagodnie. Nie radzę ci próbować ucieczki, bo wnet się na tem zmiarkuję, znam bowiem figle, jakie murzyni urządzają. Bądź więc dobrym, posłusznym, a nie będziesz miał powodu na mnie narzekać; gdybyś miał postępować przeciwnie, to już nie moja będzie wina, jeżeli chwycę się środków ostrzejszych.
Tomasz zapewnił Haleya, że ani myśli o ucieczce.
Zresztą podobne uwagi były zbytecznemi dla człowieka okutego w ciężkie łańcuchy, ale był to zwyczaj pana Haleya, że niewolnikom powtarzał te same napomnienia, aby wzbudzić w nich do siebie zaufanie i zapobiec nieprzyjemnym scenom, jakie zachodziły przy ich sprzedaży.
Musimy jednakże pożegnać tymczasem wuja Tomasza, aby pójść w ślady za innemi osobistościami, zachodzącemi w naszem opowiadaniu.