Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O paniczu! nie wezmę go, nie mogę wziąść — rzekł Tomasz wzruszony do głębi.
— Musisz go wziąść, zawieś go na szyi, to ten łotr nie zobaczy go i nie weźmie ci. Ach, jakaż zbiera mnie chęć powiedzieć temu łotrowi kilka słów prawdy.
— Nie czyń tego paniczu, bo mogłoby to wypaść na moją szkodę.
— Dla ciebie będę milczał — rzekł Jerzy, obwiązując tasiemkę dokoła szyi Tomasza. — A teraz zapnij surdut, żeby go nie było widać; ile razy spojrzysz na niego, przypomnij sobie, że cię nie opuszczę i że nadejdzie chwila, kiedy po cię przybędę. Ojcu memu nie dam i chwili spokoju, ani we dnie ani w nocy, aż życzenie moje się nie spełni.
— Paniczu, nie mów tak o ojcu swoim.
— Tomaszu, wiesz przecież, że nic złego nie myślałem.
— A teraz posłuchaj mnie paniczu: bądź zawsze dzielnym chłopcem, wiele ócz zwróconych jest na ciebie i pokładają w tobie swoje nadzieje. Kochaj rodziców swoich. Kochaj matkę swoją. Bardzo wiele dobrodziejstw daje nam Pan Bóg podwójnie, potrójnie i po więcej razy, ale jednę tylko daje matkę. Nie czyń, jako inni czynią. Niektórym się zdaje, że pojedli wszystkie rozumy i rad matki słuchać nie potrzebują. Choćbyś i sto lat żył, drugiej matki i takiej matki mieć nie będziesz. Bądź jej posłusznym, powolnym, kochaj ją i wzrastaj ku jej pociesze. Mój złoty, drogi, kochany paniczu, wszakże tak czynić będziesz?
— O tak, wuju Tomaszu! — zawołał Jerzy!
— Jeszcze jednę uwagę. Młodzi ludzie w twoim wieku są często uparci, leży to w ich naturze. Ale ludzie z prawdziwem poczuciem honoru nie pozwolą sobie na żadne rodzicom ubliżające słowo, nigdy czci ich uwłaczać nie zechcą. Przecież się na mnie nie gniewasz, paniczu kochany?
— Nie, wuju Tomaszu, tyś mi zawsze dobrze radził.
— Nic w tem dziwnego, paniczu, ja wiele doświadczyłem już w mem życiu, — mówił łagodnym głosem Tomasz, gładząc swoją silną, muskularną dłonią piękne kędziory młodzieńca, i znam twoje poczciwe, zacne serduszko. Bóg nie szczędził ci swych darów, dał ci rozum, urodzenie i naukę. Jak wyrośniesz na człowieka i wiele już będziesz umiał, wszyscy cię będą kochali i szanowali, a ojciec i matka będą się mogli słusznie tobą poszczycić. Bądź, jak twój ojciec, dobrym panem dla swych niewolników; miłuj Boga, jak twoja matka; a przedewszystkiem żyj według przykazań Boskich — to najważniejsza!
— Przyrzekam ci, wuju Tomaszu, — rzekł Jerzy głosem uroczystym — że będę takim, jakim pragniesz, abym był; ale ty, wuju Tomaszu, nie strać nadziei, miej cierpliwość, a ja cię znowu na twe stare śmieci sprowadzę! Jeszcze dziś rano mówiłem ciotce Klotyldzie, jak myślę przerobić twą chatkę: będziesz miał pokój wyklejony tapetami, dywan każę rozesłać na podłodze, zobaczysz, niech tylko dorosnę. Cierpliwości, wuju Tomaszu, jeszcze i dla ciebie jasno słonko zaświeci!
Kiedy dokończył słów tych, ukazał się we drzwiach kuźni Haley, niosąc przerobione kajdany.