Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Miły, drogi ojcze — wymówiła z miłością i objęła ojca za szyję; lecz rączki jej natychmiast opadły i gdy Saint-Clare podniósł jej główkę, ujrzał na twarzyczce wyraźnie przedśmiertną walkę. Usiłowała jeszcze westchnąć, wyciągała swe drobne rączki.
— O mój Boże, jak to okropnie! — zawołał ojciec odwracając się i bez pamięci schwyciwszy rękę Tomasza, silnie ją ścisnął. — O mój Tomaszu, to mnie zabija!
Tomasz wziął ręce swego pana i trzymał je w swoich; łzy potoczyły się z oczu zwróconych ku niebu; oczekiwał pomocy z góry, gdzie zawsze jej szukał.
— Módl się, aby to trwało niedługo! — zawołał Saint-Clare, — a! to okropne!
— Chwała niech będzie Stwórcy! już przeszło, wszystko się skończyło, mój miły panie! — rzekł Tomasz. — Spojrzyj pan.
Dziecię wpół zemdlałe, zaledwie oddychające, leżało na poduszkach; jej wielkie, jasne nieruchome oczy, zwrócone były w niebo a tyle w wzroku tym było blasku, tyle tajemniczości, że pod jego wrażeniem ustały nawet bolesne łkania. Wszyscy się zgromadzili wokoło w głębokiem milczeniu.
— Ewo! — rzekł Saint-Clare cicho.
Ona nie słyszała.
— Ewo moja, powiedz, co ty widzisz?... Co widzisz? — pytał ojciec.
Anielski uśmiech opromienił jej lica i rzekła urywanym głosem:
— O!... Jezus... Marja... Józef!...
Westchnęła i przeszła przez śmierć do nowego życia!
Żegnaj nam, miłe dziecię! jasne drzwi wiodące do nieśmiertelności zamknęły się za tobą, nie ujrzymy cię już więcej. Biedni, którzy byli świadkami twego zgonu; dla nich pozostały łzy i smutek.




ROZDZIAŁ XXVII.
Tak się kończy wszystko, co jest ziemskie.

Obrazy i biusty w pokoju Ewy obwinięto w białe zasłony. Poważną ciszę przerywały czasami tylko ciężkie westchnienia i ostrożne stąpania. Przez gęste żaluzje światło z trudnością tylko wkradało się do pokoju.
Na łóżku biało pokrytem, pod statuą pochylonego anioła, spoczywała mała istotka, snem wiecznym. Leżała w prostej białej sukience, którą zwykle za życia nosiła. Promień światła przedarłszy się przez różowe zasłony, rzucał trochę ciepła na śmiertelną bladość twarzy, głowa trochę się skłoniła na bok, jak w zwyczajnym śnie; lecz każdy rys tej niewinnej istotki był nacechowany wyrazem niebieskim, — tem po-