Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kłopotu. Śmieszna jest owa czuła delikatność, z jaką mąż mój obchodzi się ze służbą, jak gdyby to były jakieś wraźliwe podzwrotnikowe roślinki, albo naczynia z chińskiej porcelany, na które wolno tylko patrzeć, ale je nie dotykać. — Dokończając słów tych, ujęła stojący na stoliku flakonik z orzeźwiającym perfumem i rzuciła się na miękkie poduszki na sofie.
— Widzisz pani, — odezwała się po chwili cichym, delikatnym, na pół smętnym głosem, — widzisz, kuzynko Ofeljo, nie mam zwyczaju mówić o samej sobie. To się nie zgadza z mojemi przekonaniami, — nie lubię tego. A jednak nie wszystko można przemilczeć. Między mężem a mną zdarzają się często różnice w zapatrywaniach; nigdy bowiem mnie nie rozumiał, ani też chciał zrozumieć, nigdy nie umiał mnie należycie cenić. Z pewnością nie mylę się, gdy powiem, że to jest właśnie powód moich cierpień. Może czyni to w najlepszej wierze, przecież, nie da się zaprzeczyć, że mężczyźni są wobec kobiet samolubni i bezwzględni. Mówię to z doświadczenia.
Panna Ofelja, nie lubiąca się zajmować cudzemi sprawami, mianowicie dotyczącemi wewnętrznych stosunków rodziny, spostrzegła z niepokojem, że grozi jej podobne niebezpieczeństwo. Twarz jej pokryła się chmurą niezadowolenia; wyjąwszy z kieszeni prawie na łokieć długą pończochę, którą zawsze miała przy sobie, jako skuteczny środek na odpędzenie pokus szatańskich, najnatarczywiej napastujących wtedy, gdy człowiek siedzi z próżnującemi rękoma, poczęła pracować drucianemi pręcikami z niezwykłym zapałem. Zaciśnięte jej usta zdawały się mówić: daremne twoje usiłowania, ani słowem się nie odezwę; nie chcę znać tajników waszego pożycia. Panna Ofelja wyglądała w tej chwili jak wykuty z kamienia posąg.
Ale Marja nie zwracała na to uwagi; rada była, że znalazła osobę, przed którą mogła się wygadać do woli. Pokrzepiła się tedy kilkorazowem powąchaniem orzeźwiającej we flakoniku wody i tak mówiła dalej:
— Trzeba wiedzieć pani, że prócz majątku, otrzymałam w posagu pewną liczbę niewolników; to też sądzę, że mam niezaprzeczone prawo rozporządzać nimi wedle własnej woli. Saint-Clare ma swój majątek, swoich ludzi, niech sobie ze swymi postępuje, jak sam zechce, lecz jemu chce się koniecznie mięszać i w moje interesy. W niektórych sprawach postępuje sobie zupełnie niedorzecznie: i tak naprzykład, prócz mnie, nie pozwoli nikomu w domu swoim uderzyć niewolnika i w tym względzie tak się uparł, że sama boję się mu sprzeciwić! Teraz zrozumiesz pani, co stąd wynika. Saint-Clare nie trąci niewolnika, choćby na głowach stawali. Przecież ja ich bić nie będę, bo to nad moje siły; a bez kary, tak samo jako dzieci, obyć się nie mogą. Pani sama to wiesz najlepiej.
— Ja nic nie wiem i dziękuję Bogu, że nie wiem.
— Dobrze, dobrze; jak pani tu pomieszkasz, to się dowiesz; ani pojąć możesz, jak ci ludzie są nieznośni, obrzydliwi, niewdzięczni.
Jak tylko Marja o tym przedmiocie zaczynała mówić, ożywiała się i jakby cudem nabierała sił. Tak się stało i teraz: odsłoniła ożywione oczy, i zdaje się, że całkiem zapomniała o niedomaganiu.