Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się, że naumyślnie podsyca w niej tę zgubną skłonność. Na nieszczęście Saint-Clare pieści wszystkich w domu — oprócz żony.
Panna Ofelja zachowała głębokie milczenie.
— Ze sługami nie można inaczej dać sobie rady, — mówiła dalej Marja, — jak trzymać ich krótko. Od dziecka miałam takie usposobienie. Ale Ewunia w kilka dni gotowa mi zepsuć wszystkich. Nie wiem doprawdy, co się stanie, gdy sama pocznie rządzić w domu. Ja lubię być dobrą dla sług i zawsze jestem dobrą, ale wymagam, żeby wiedzieli, że są sługami. Ewunia nie umie trzymać ich na wodzy i żadnym sposobem nie można wbić jej do głowy najprostszego pojęcia, gdzie powinno być miejsce dla sługi! Słyszałaś pani sama, jak projektowała mi, że będzie mnie pielęgnowała w nocy, bylebym nie turbowała Mami. Oto próbka jej postępowania; coby się to działo, gdyby tylko mogła robić coby chciała.
— Jednak — rzekła na koniec panna Ofelja — nie może pani zaprzeczyć, że słudzy są także ludźmi i że po trudach również potrzebują wytchnienia.
— Któż temu przeczy? Ja pierwsza z całą usilnością staram się o to, żeby mieli wszystko, co im potrzeba, wszystko, co nie wykracza poza właściwe granice. Mami może się wyspać, kiedy tylko zechce; o to nie ma powodu się troszczyć. Takiego śpiocha, jak Mami, jeszcze mi się nie zdarzyło widzieć: czy to stoi, czy siedzi, czy szyje, czy się modli, — skiwnie się i śpi. Wypoczywa za wiele... nie miejmy o nią