Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przed nim z rękoma włożonemi w kieszenie. — W jakim jest wieku?
— Ma dziesięć i pół miesiąca — odrzekła matka.
Nieznajomy pogłaskał chłopczyka i dał mu kawałek cukru, który tenże z chciwością włożył w usta.
— Mądry chłopiec; wie, że to słodkie — rzekł, a pogwizdując sobie, poszedł dalej. Gdy jednak doszedł na drugi koniec parowca, spostrzegł Haley’a siedzącego na kufrze; wyjął zapałkę i zapalił cygaro.
— Wcale nie brzydka kobieta, którą tam wieziesz.
— Prawda, wcale niebrzydka — powtórzył Haley, puszczając kłęby dymu.
— Wieziesz ją na Południe?
Haley kiwnął głową twierdząco.
— Na plantacje?
— Tak; mam większe zamówienie, więc i jej się pozbędę; umie dobrze gotować, a nawet heklować, — nieźle się na niej zarobi.
— Chłopczyka musicie się jednak pozbyć — odezwał się znowu pasażer.
— Sprzedam go, gdy się nadarzy kupiec, — odpowiedział Haley, zapalając nowe cygaro.
— A wiele za niego żądasz? — zapytał nieznajomy, usiadłszy na dużej pace.
— Chłopak zdrowy, silny, tłusty, ciało jak rzemień, ani go uszczypnąć.
— Prawda, ale ileż to zabiegów, nim się go wychowa.
— To najmniejsze, wychowa się sam; takie dzieci nie sprawiają więcej zachodu jak szczenięta, za miesiąc zacznie już biegać.
— Mam sposobność kazać go wychować; kto wie, możebym go i nabył? — Kucharka moja w przeszłym tygodniu straciła syna, utopił się w cebrze, niechby sobie wykarmiła tego malca.
Haley i pasażer palili dalej w milczeniu; żaden bowiem pierwszy nie chciał zacząć targu. Wreszcie pasażer odezwał się:
— Przecież pan nie myślisz wziąć za niego więcej jak 10 dolarów; tem bardziej, że pozbyć się go musisz.
Haley pokiwał głową i splunął na ziemię.
— Nie, za taką cenę go nie sprzedam — odrzekł.
— Więc za ile?
— Sam mogę zająć się jego wychowaniem, albo oddam go w odpowiednie ręce; za pół roku będzie wart sto dolarów, a za rok z jakie dwieście. Takiego zgrabnego chłopca nie zawsze się spotyka: niżej pięćdziesięciu dolarów go nie oddam.
— To za drogo.
— Jak się panu zdaje...
— Dam trzydzieści.
— Przedzielimy różnicę na połowę, pan dodasz, a ja opuszczę: oddam go panu za czterdzieści dolarów, ani o centa taniej.
— Zgoda, dam panu czterdzieści dolarów.
— Interes załatwiony. Gdzie pan wysiadasz?
— W Louisville.