Strona:Björnstjerne Björnson - Tomasz Rendalen.djvu/255

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Poprzez mgłę dżdżu zobaczyła z lewej strony ogromny parasol, pod nim zaś białe spodnie. Nie widziała, kto jest pod parasolem, bo idący nie podniósł go nawet w chwili, gdy otwierał furtkę. Przeciwnie, pochylił go jeszcze naprzód. Mimo to wiedziała, że idący nie kroczy w stronę willi pod Hawrem... uczuła, że to nie wuj, ale...?
    Parasol uniósł się w górę, a niosący go stanął w ogrodzie. Zobaczyła ciemny uniform, słomiany kapelusz i niesłychanie zdziwioną twarz. Ale w chwili, gdy ją zobaczył, zdumienie znikło, stało się zupełnie inaczej niźli za pierwszem spotkaniem. Nie spodziewał się zastać na werandzie damy, ale nie doznał też przykrości. Uśmiechnął się i skłonił... oczy jego nie kłuły dziś wcale. Stanął przy schodach.
    Oparł otwarty ciągle parasol na prawem ramieniu, lewą zaś ręką ujął poręcz. Kształtna to była ręka, ozdobiona sygnetem. Był smukły, gibki, a twarz jego cechowała nerwowa, zmysłowa partja ust, w ciągłym zostająca ruchu, szelmowskie, roześmiane oczy, które nabierały wyrazu przenikliwego, gdy je przymknął, odrzucając wstecz głowę, żółtawe, kręte włosy i rudawe, długie faworyty.
    Stał z ręką na poręczy i sycił się w spokoju jej widokiem. Z postawy przypominał trochę kota, a chociaż Tora to widziała, doznawała dziś raczej uczucia ciekawości, niż strachu.
    — Nie spodziewałem się pani tu zastać! — powiedział — Czy pani już długo tu bawi?
    — Przyjechałam wczoraj wieczór z panią Gröndal.
    Zaczęli rozmawiać o jeździe parowcem, pogodzie i miejscowości, mimo że nie zostali sobie przedstawieni, a słowa byty im jeno pretekstem do toczenia