Przejdź do zawartości

Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 24.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

rozbawili, wrzawa stała się większa, każdy sobie znalazł swoich i zajął się nimi, mogłem i ja swobodnie się zbliżyć do panny.
 — Czy pan już na zawsze się nas wyrzekłeś? — zapytała mnie.
 — Jak się pani możesz o to pytać mnie? — odpowiedziałem — i czyż nie usprawiedliwiasz mnie, że inaczej nie mogłem postąpić!
 — Ależ przecie dlatego, że babunia pana tak bardzo kochała — odezwała się — to nie może być powodem, abyś nas pan nienawidził za to.
 — To słowo okrutne! — odpowiedziałem.
 Spojrzała na mnie z wyrazem nie gniewu, ale żalu.
 — Po weselu jadę do Zabłocia — odezwałem się, zbierając na odwagę — zdaje mi się, że już odpokutowałem za moje grzechy i wszystko zapomniane zostało. Nikt mnie teraz nie posądzi o nic więcej, prócz że państwa szanuję i kocham.
 Ruszyła ramionami.
 — Nikt pana nie mógł o nic posądzać — dodała — a ja posądzałam tylko, żeśmy mu tak dokuczyli, że nas nie chcesz widzieć na oczy.
 — I zwątpiłaś pani o mnie? — spytałem smutnie.
 — Nie — odpowiedziała mi i podniosła oczy. — Nie zwątpiłam — rzekła — alem się gniewała.
 — Mogę więc do Zabłocia przyjechać? — spytałem schylając się.
 Uśmiechem tylko odpowiedziała.

 Przy tańcach rozmówiliśmy się szczerzej i otwarciej. Tegoż wieczora przysunąłem się do