Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 24.djvu/44

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — O nie! — przerwała Lorcia. — choć ja sobie jestem, jak mnie mama nazywa, dzieckiem, ale ja widzę wszystko i rozumiem. Pawtarzam, myśmy panu wiele winni.
    — Dług ten, gdyby nawet był, niezmiernie łatwy do zapłacenia — rzekłem — poczciwe słowo i dobre wspomnienie, a będzie kwita. Panna Lorcia jednak zmuszoną zostanie fałszywego wujaszka zapomnieć. Przyjedzie jakiś pan Matkowski, zakocha się, poprosi pięknie, zabierze i...
    — Nie dam się wziąć — przerwała Lorcia — nie mam ochoty iść za mąż.
    — Wszystkie panny tak mówią, dopóki jakiś Matkowski nie przyjedzie, który się podoba.
    — Mnie się podobać trudno.
    — Dlaczego? — spytałem.
    — Wymagam wiele.
    — Naprzykład?
    Lorcia się trochę zamyśliła.
    — Widzi pan — rzekła — choćby się we mnie kochał najśliczniejszy królewicz, jak w bajce, nie dałabym się wziąć na szalone przywiązanie bez próby, jak w bajce. Bajki są bardzo rozumne. Musiałby spełnić wprzódy czyn jakiś, któryby dowiódł charakteru, duszy, serca. Do nas przyjeżdżają kawalerowie wystrojeni, wyperfumowani, których znamy tylko z ich żargonu w salonie i z plotek, jakie o nich po sąsiedztwie chodzą. To za mało, jeśli się wiąże na całe życie.
    Słuchałem z uwagą tych słów za poważnych dla młodej panienki.
    — Wszystko to śliczne, rozumne, ale to jest