Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 20.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mek, zaciskając pięści, i posuwał się bezwiednie naprzód.
— Szwajcar! za drzwi z tym chamem, a jak się nie uspokoi, do policyi! Chodźmy, panie naczelniku. A bydło!
Wyszli na peron.
— Już ja ci żebra, ciarachu, policzę, już ja cię przyrychtuję, psie zapamiętały, aże cię frybra jangielska pokręci — szeptał Tomek i taki huragan gniewu i nienawiści zalał mu serce i mózg, że aż pot rzęsisty uperlił mu czoło, aż trząsł się cały w spazmie wściekłości i miał szaloną ochotę biedz za dozorcą, chwycić go za gardło i bić... bić... bić... Rychło się jednak otrząsnął z tego uczucia, wyszedł ze stacyi, i co tylko miał sił, leciał ku domowi.
W chałupie zastał sporo ludzi i Jóźka już konającego.
Chłopak, z gromnicą w ręku, leżał na wznak, wyprężony jak drzewo, i rzężał, chwytając z trudem spieczonemi ustami powietrze.
Ludzi się naszło ze wsi i klęczeli koło łóżka, odmawiając za starym Andrzejem, kościelnym, litanię. Twarze były surowe, a w oczach tkwił wyraz spokojnej, jakby kamiennej rezygnacyi. Dziewczyny, siostry konającego, zawodziły głośnym płaczem, i w całej izbie, pełnej żółtych gromnicznego światła refleksów, rozpoczął się tragiczny nastrój.
— Jezu Marya! Jezu Marya! — ryczał Tomek i ogłupiałemi oczyma wpijał się w twarz jedynaka, i targał sobie włosy z niemocy rozpaczliwej.