Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W dolinie potoku, z lodowca Blümlisalp spływającego, szerzej mi było i zaciszniej. Minąłem pożółkłe, nieco wyżej świeżym śniegiem już przyprószone hale i szałasy Oeschinen i wzdłuż potoku począłem się wydostawać na skalny zrąb ponad lodowcem, kiedy nowe a od wszystkich poprzednich gwałtowniejsze uderzenie wichru rzuciło mną niemal o głazy. Przysiadłem na ziemi, wczepiwszy się palcami w szczeliny lodowatej skały, zapomniałem już prawie, gdzie i po co idę, to jedno tylko mając na myśli, że trzeba się trzymać, bo jedna chwila nieuwagi to śmierć na tych błyszczących lodach pode mną. A wicher halny hulał tymczasem po świecie. Oderwane gdzieś w górze głazy załomotały w skalistym żlebie, zdawało się, że turnie drżą pod nogami, i ucho dziwnem złudzeniem chwytało niemal szczęk łamiących się pod naporem wichru lodowców. Kilkakrotnie próbowałem jeszcze powstać i iść dalej w górę, ale po pewnym czasie musiałem dać w końcu za wygraną. Zabrałem się do odwrotu, korzystając z chwilowych przerw w nawałnicy, aby się posuwać jak najszybciej ku dołowi. Na galerji ponad jeziorem miałem jeszcze ciężką przeprawę z wiatrem, który mi się walił całą mocą na plecy