Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lowo, słońca wyglądało z za obłoków, gdzieś wysoko ponad szczytami płynących... Jakaś dziwna uroczysta poświętność była w powietrzu, jesienna i słoneczna zarazem, i cisza, przerywana jeno monotonnym szumem spadających z pod Doldenhornu wodospadów...
Niedługo to jednak trwało. Zaledwie stanąłem na skalnym wale, trzymającym jak grobla staw Oeschinen na uwięzi, gdy nagłe uderzenie wichru załomotało wśród konarów odwiecznych smreków nad wodą. Widne białe szczyty na niebie poczęły się w oczach ćmić mgłą, niewiadomo skąd powstającą... Zaledwie miałem czas, korzystając z chwilowej przerwy między uderzeniami wichru, zrobić zdjęcie fotograficzne, gdy niemal cały świat zatonął w szarym tumanie...
Wcisnąłem się gdzieś pod korzenie smreka, z omszałego głazu zwieszone nieopodal szczękającego w wietrze pustego schroniska i przeczekałem tak pierwsze, najgwałtowniejsze uderzenie burzy. Po jakimś czasie uspokoiło się nieco, i góry, dziwne, groźne i ogromne, poczęły znów przez mgłę majaczyć. Owinąłem się szczelnie gumową peleryną, stary, od paru lat po górach ze mną latający tyrolski kapelusz naci-