Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzień począł świtać, zarzuciłem worek na ramiona i ruszyłem w dół...
Około siódmej z rana pogoda poprawiła się nieco, nastała nawet chwila względnej ciszy. Nie łudziłem się, aby miała trwać długo, w każdym jednak razie trzeba było wyzyskać tę przerwę, aby nie tracić zupełnie dnia, ostatniego już może przed zimą...
Skręciłem więc z powrotnej drogi na prawo, aby za biegiem potoku, u stóp wspomnianej już Birry do Kandery wpadającego, dostać się nad jezioro Oeschinen, rozlane tuż pod skrzesanemi pionowo turniami, na których się piętrzą lodowce Blümlisalp, jak płaszcz, ze stoków Białej Pani i Dzikiej Pani spływające. Stąd możnaby było znaną mi już drogą wzdłuż północnej krawędzi lodowca przedostać się na podniebną przełęcz Hochtürli między granią Oeschinen a Dziką Panią (Wilde Frau), a potem w dół, w lesistą dolinę Kienthal... Jednak nie było mi już widać sądzono dotknąć w tym dniu nogą śniegów wieczystych...
Początek drogi miałem cudowny. Nad jezioro wiedzie z Kandersteg ścieżka wygodna wśród lasów i młodych zagajników z nieznacznem tylko wzniesieniem, wiatr był ustał chwi-