Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trudno się już było dalej zapuszczać. Żałowałem, żem w Kandersteg zostawił raczki, bo dnia było jeszcze dosyć i można było od biedy wpełznąć jeszcze na lśniący grzbiet olbrzyma, chociażby nocą potem przyszło powracać... Stare, wychłechtane podkucia butów jednak ślizgały mi się już po omarzłych skałach nad przełęczą, bez raczków niepodobna się w nich było puszczać na lody... Pocieszałem się więc tylko, wracając, myślą o następnym dniu...
Tymczasem ten następny dzień nie zapowiadał się zbył świetnie. W powrocie już, ledwo minąłem Daubensee, chwycił mnie wiatr i dął bez przerwy całe popołudnie. Nad szczytami gromadziły się wilgotne, postrzępione chmury, nie wróżące nic dobrego. Jakoż zaledwie zaszedłem do mego hotelu w Kandersteg, gdy począł padać drobny, zimny deszcz. Ustał wprawdzie przed wieczorem i w nocy wypogodziło się nieco, ale wiatr zerwał się znowu, przysłaniając księżyc na chwilę kłębami chmur.
Kiedy wstałem nazajutrz o trzeciej z rana, wicher halny szalał nad Alpami. Wobec takiej pogody zamówiony przewodnik nie przyszedł i mnie nic nie pozostawało, jak zdrzemnąć się jeszcze... Nie mogłem jednak spać i zaledwie