Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się jest gdzieś w Podkarpaciu, nad spokojnie rozlanym po kamykach strumieniem.
Zazwyczaj w lecie spotyka się tutaj całe gromady turystów i kupców, idących z nad Rodanu, teraz byłem zupełnie sam na całej ogromnej przestrzeni. Wązka, bita drożyna wiodła mnie po kamieniach albo pod niewysokiemi ścianami skalnemi, co sterczały z gruzu i zwietrzałego drobnego piargu...
Dopiero na wysokości tysiąca dziewięciuset metrów zobaczyłem znowu las i zieleń, smutną, jesienną zieleń alpelskiej hali, co niedawno dopiero wyszła z pod śniegu i ledwie miała czas okwitnąć wszystkimi kwiatami swoimi, a żółknie już od chłodu, nim nowy śnieg ją zawieje. Kilka szałasów stało tu, już opuszczonych, a nad nimi, na niewysokiej skalistej wyniosłości, przedziwny las z czarnych limb i płomienno-żółtych jesienią modrzewi... Ułożyłem się nieopodal na odpoczynek, w jasnem, ale mało grzejącem już słońcu.
Widok ku górze zamykało mi nowe skalne piętro; ku dołowi za to, za zieloną Spitalmatte (tak się owa hala nazywa) i za rozstępującymi się garbami gór błyszczała przede mną wspa-