Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ki jodeł, cudem jakimś uczepionych u pionowej skały, otwiera się szeroki widok na wnętrze doliny Gastern i lodowe szczyty w oddali. Szary blask leżał tam dopiero między turniami, na zielonych lasach i przebłyskującej wśród nich srebrnej strudze Kandery.
Zrobiłem tutaj ze ścieżki parę zdjęć fotograficznych, wszystkie jednak słabo wyszły z powodu niedostatecznego światła, które nie podkreślało jeszcze cieniami rzeźby gór, znacząc zaledwie szerokiemi plamami ciemny płaszcz lasów na pobielonych dniem i śniegiem skałach.
To wnętrze doliny alpejskiej, jakby czarodziejstwem jakiem na skręcie ścieżki pokazane, znikło za chwilę, zakryte turniami, na których się wspiera olbrzymi Altels, kolos z granitu i lodu... Jak gdyby po kolanach tego siedzącego olbrzyma, ciągnęła się teraz przede mną dolina, wiodąca aż pod przełęcz. Dziwna dolina, w przedniej części płaska prawie zupełnie i pusta, zasypana drobnym odtokiem, po którym płynie leniwo potok kilkoma ramionami. Gdyby nie ta pustka straszliwa, jesienią jeszcze wzmożona, i gdyby nie lodowce, gdzieś pod niebem wiszące, miałoby się wrażenie, że