Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łąki, tem żywiej od pożółkłych zboczy gór odbijające. W lesie na ziołach dawno przekwitłych rosa leżała bujna, ciężka, srebrnym tumanem pod wstający świt się błyszcząca. Świeżość była dziwna w powietrzu, niemal wiosenna, a jednak czuć było w każdym oddechu, nawet na żółte trawy nie patrząc, że to już jesień...
Jesień, która z najwyższych szczytów gór, idącej zimy zwiastunka, powoli spływa po halach zielonych i złotem je maluje, płynie po lasach, strąca z nich liście i ponad szerokiemi dolinami z mgłą się cichą już waży... Jeszcze kwitną nikłe, liljowe ziemowity, poglądając ku niebu blademu poprzez ogołocone z liści gałęzie drzew, jeszcze po kępach traw złotego słońca jest trochę, ale tam w górze — na szczytach, na lodach, zima już nabrzmiewa, zawisła na krawędzi skał i czeka, gotowa stoczyć się w dolinę...
W dwie godziny niespełna wydostałem się na tak zwane „piętro“ (Stock), gdzie droga przeciska się wązką galerją między przewieszonemi krzesanicami Gellihornu, a wąwozem Czarnego Potoku (Schwarzbach). Przepaść poczyna się tuż pod nogami, a ponad nią, ponad wierzchoł-