Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


po wilgotnych, oślizgłych głazach w leśnem półzmroczu, miałem chwilami wrażenie, że się znajduję w Tatrach, gdzieś w dolinie Roztoki lub Zimnej Wody... Jesienny, górski chłód zalatywał od spienionego strumienia i z głębi lasu, niosąc zapach zeschłych liści i butwiejącego igliwia.
Poprzez gałęzie drzew, wysoko na niebie czerniły się jodłą porosłe regle, a nad niemi, obok łysych skalistych czół, wisiały pożółkłe hale, czekające już tylko na pierwszy zimowy śnieg... Poglądałem mimowoli, czy na stromej ścieżce przedemną nie ukaże się smukła postać w serdaku i obcisłych białych holeśniach i nie zagadnie tak po naszemu: Dobre połednie! — a kany to idom?...
Złudzenie pierzchło jednak rychło, gdy tylko z lasu wyszedłem. Szeroka, płaska równina, między płotami łąki zielone, kasztany i włoskie orzechy około schludnych domków szwajcarskich, obok gościńca murowane kamienice, hotele... A nad tem wszystkiem urwista, zębata piła szczytu Birre, wysoko ponad czarne lasy stercząca. Dochodziłem do Kandersteg, najdalej na południe wysuniętej osady w dolinie, leżącej z górą 1,200 metrów nad powierzchnią morza.