Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


okrzyki, — zresztą nic, prócz grobów. Drobne zwinne jaszczurki wygrzewają się w południowem słońcu — i za zbliżeniem się istoty ludzkiej nikną jak strzała wśród głazów i zielska zeschłego. Skowronek wzbił się gdzieś w niebo i zadzwonił mi nad głową — jak u nas — na wiosnę.
A dalej niema już nic.
Szedłem raz tą drogą do końca aż do Albano, gdzie się łączy z nowym wygodnym traktem od Rzymu, co dalej już dawnym biegnie torem... Była wiosna wtenczas i noc. Ślady drogi zacierały się coraz bardziej, — potem już tylko po nizkich okopach i na wykrot leżących ogromnych brukowcach można było poznać, że tędy niegdyś tętniało życie, rozlewające się z miasta na południowe kraje Italji. — Szliśmy wówczas we trzech; nogi nasze brodziły po kolana w rośnej, puszystej trawie. A kiedy świt się poczynał robić na niebie, spotkaliśmy tam kosiarza, jak szerokim rzutem rąk kładł pokosy na dawnej rzymskiej drodze...
Ale teraz jest grudzień i zima, choć słońce południowe dogrzewa... Położyłem się na wznak na grobie jakimś, miękką wysłanym murawą; przez powieki przymknięte widzę jeszcze blask czerwony, — blask mojej brwi czy słońca? —