Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szarańcza padła na ruiny. Pełno jest ludzi pod kolumnami świątyń, pod sklepieniami łuków tryumfalnych, w bazylikach i na mównicy, na Forum, na Via Sacra. Uciekam przed tym nowym najazdem barbarzyńców. Dozorcy pozwalają mi wyjść od strony łuku Tytusa, przez barjerę zwykle zamkniętą przy murze kościoła Santa Francesca Romana.
Mijam rozpalone w słońcu mury Koloseum i przez łuk Konstantyna, wielkim przezwanego, wychodzę na ocienioną drogę św. Grzegorza. Po prawej ręce mam jeszcze wschodni stok Palatynu; ponad murem ulicznym widzę resztki akweduktu i zwaliska najpóźniejszych cesarskich budowli. Jakieś dziwne, słoneczne, słodkie lenistwo ogarnia mnie całego... Bez myśli prawie skręcam na lewo i wlokę się w stronę ruin łaźni Karakali, wielkich jak miasto — tam, ku bramie św. Sebastjana... Minę groby Scypjonów i jeden jeszcze tryumfalny łuk — Druzusa — i wyjdę na Via Appia, na tę dziwną i wiecznie cichą drogę, grobami wśród pustej Kampanji znaczoną...
Tam, za kapliczką Quo vadis?, za katakumbami św. Kaliksta i odwiecznym kościołem San Sebastjano, za grobowcem rzymskim