Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BRZEG (kręcąc nowego papierosa): Chwat, chwat, psia ci babka, bez komplimentów, ojca idzie śladem.
ZAWISZA: Ten z pewnością dziś znowu kropnie jakiś sonet o synach, co (akcentuje) „ojców idą śladem“.
KORECKI: Niech ja tylko wpadnę na ten ślad...

(Chwila ciszy. Dym snuje się po ziemiance. Na dworze rozhulał się tymczasem wicher grudniowy. Dalekie grzmoty dział. W przerwach słychać szmer ściekających kropel. Porucznik szarpie za małe wąsiki, Korecki oparł się wygodnie o łóżko i znieruchomiał. Podchorąży ujął w dłonie głowę, oparł się o kolana i lekko się kołysze. Nagle silniejszy podmuch wichru wpada do izby i budzi ich z zadumy. Kapitan wstał, przeciągnął się, podchorąży podniósł głowę).

BRZEG: Ładny grudzień, psia ci babka, chlapie jak w październiku.
ZAWISZA: Za dwa tygodnie Boże Narodzenie! Lepszy już najgorszy mróz, niż ta chłapawica. Brrr! Mokre nudy!

(W szum ściekających kropel nagle wsącza się melodja harmonijki. Ordynans Staszek gra w pobliskim rowie „Białe róże“. Wiatr nawiewa raz głośniej, drugi raz cicho tony piosenki żołnierskiej).

ZAWISZA: To mój Staszek. Wybrał się z tem graniem! (Mówi z lekkiem zdenerwowaniem): Akurat w taki czas!

(Melodję słychać dalej)

BRZEG: Przynajmniej trochę przerwie to, psia ci babka, nieznośne ciapkanie deszczu. Ładna melodja te „Białe róże“.