Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


JÓZEK: Melduję posłusznie, to taka kiełbasa z osła. Jakieś salcefiks, czy jakoś. Wiem, że fajne.
KORECKI: Skąd wziąłeś?
JÓZEK: Skąd? (przeciąga) Aha, niby skąd?... Zafasowaliśmy, to jest jakoś się samo tego...
KORECKI: Ty! Coś znowu kręcisz! A cóż ten Staszek?
JÓZEK: Panie kapitanie, ja potem... Kiełbasa jest fajna.
KORECKI: Djabli wiedzą skąd on to wszystko wydostaje. No już dobrze.

(Korecki kraje salami i rozdziela).

KORECKI: Proszę was. (do Józka): Zagotuj jeszcze trochę wody.
JÓZEK: Rozkaz (wychodzi).
ZAWISZA: Chłopaka ci jednak gratuluję i jestem pewny, że na froncie jeszcze zmężnieje. Niespełna siedmnaście lat... Ano, pewnie, może zawcześnie... jest ich jednak u nas dosyć. Tylu rąk przecie potrzeba...
BRZEG: Morowy dzieciak, psia ci babka, niema co!
KORECKI: Pasja mnie jednak bierze, że mnie tak wywiódł w pole tem swojem „ha, no“, które zdawało się mówić, że zrezygnował. Pierwsze też gdybym go spotkał, byłoby natarcie uszu. Chce być żołnierzem, a słuchać nie umie.
BRZEG: Teraz jest nim dopiero i pewno, psia ci babka, nauczył się tej cnoty.
ZAWISZA: Nie zetknąłeś się z nim dotąd?
KORECKI: Nie. Zmienił pewno nazwisko, bojąc się, że jeśli go spotkam, nie przebaczę.
ZAWISZA: A jakże!